niedziela, 30 sierpnia 2009
Wiadomo jak trudno prowadzić kampanie, gdy brak szczegółowych opracowań wizualizacji, analiz. Mamy potrzebę społeczną – i to w zasadzie powinno wystarczyć, ale nie wystarcza.
Ale jest światełko w tunelu – pojawił się magistrant z politechniki lubelskiej, gotowy o naszej kładce napisać pracę. Jeśli się ostatecznie na to zdecyduje — co nastąpi w ciągu kilku dni — zapowiedział że będzie chciał ją skończyć do końca bieżącego roku.
Bardzo nas to cieszy ;-) Podniesie to dyskusję o projekcie na zupełnie nowy poziom.
Przy okazji dyskutowaliśmy o ruchu na przyszłej kładce. Zdałem sobie sprawę, że zwykłe policzenie obecnego ruchu na przejściu nie oddaje potencjału ruchu na kładce. Jest jeszcze zjawisko potrzeb nieujawnionych — ja sam gdy idę pod ratusz czy na stare miasto obecnie idę Lubartowską, ale gdyby była kładka – z przyjemnością przeszedłbym się po niej...
Ponadto kilka tygodni temu skontaktował się ze mną Krzysztof Kowalik — Przewodniczący Rady Wydziałowej Samorządu Studenckiego Wydziału Budownictwa i Architektury Politechniki Lubelskiej. To czynny rowerzysta i także obiecał zaangażować się w projekt.
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
W ostatnich dniach spotkałem się z Polskim Związkiem Motorowym – oddział w Lublinie oraz z prezesem spółdzielni mieszkaniowej Rzemieślnik – BIS, która buduje duży kompleks mieszkalny u wyjścia ulicy Niecałej.
Obaj panowie (bo w obu firmach rządzą faceci) nie widzą żadnych zasadniczych przeszkód dla powstania kładki. Trzeba oczywiście napisać do nich oficjalne pisma z prośbą o opinię. W przypadku PZMot sprawa jest bardziej skomplikowana, bo kładka będzie przebiegać przez ich działkę — tutaj będą potrzebne będą znacznie bardziej skomplikowane uzgodnienia.
W każdym razie powoli z trudem.... ale do przodu.
piątek, 03 lipca 2009
Rowerzyści versus faszyści
Przepraszam, Dzisiaj będzie wątek poboczny, związany z postawą wobec świata i przyjmowanymi wartościami, a nie sprawami kładki rowerowej . Jak znam rowerzystów, nie spotkałem wśród nich ani jednego zaciekłego narodowca. Poczytajcie więc o tym, co nas łączy.
Wczoraj była dyskusja w III PR polskiego radia o tym, czy powinniśmy przyjąć traktat Lizboński. Zdecydowana większość dzwoniących słuchaczy — przynajmniej w pierwszej części audycji — było przeciw. Argumentowali, iż „nie będzie nami Niemiec rządził”, państwa narodowe są najwyższą wartością.
Co ciekawe, większość znajdowała jakąś jedną rzecz, która by się przydała, a reszta — do odrzucenia. Dla jednego słuchacza, wystarczyłoby tylko przyjąć traktat z Schengen o przekraczaniu granic bez kontroli, a reszta jest niepotrzebna, drugi — potrzebuje tylko standaryzacji zasilaczy do komórek i reszta Wspólnot Europejskich jest mu niepotrzebna. Trzeci nie chce Unii, ale odwołuje się do sądu w Strasburgu ( jakby to nie była część struktur wspólnotowych…).
W tym chwaleniu pod niebiosa państw narodowych zapominamy, jak bardzo jesteśmy wszyscy — jako ludzkość — powiązani. Zapominamy też, że patriotyzm na duma ze swojego narodu i przekonanie, iż jest on równy innym, a nacjonalizm — to duma ze swojego narodu i pogardzanie innymi narodami. Zapominamy, że muszą być narzędzia wymuszania minimalnych standardów współpracy i przestrzegania praw ludzkich na wszystkich narodach [1].
Zapominamy, że przecież była długa epoka — cały XIX i pierwsza epoka XX wieku — gdy państwa narodowe i ich całkowita suwerenność była absolutną wartością. I to najlepiej we wzorcowej wersji — państw narodowych jednolitych etnicznie. Skończyło się to I Wojną Światową, II Wojną Światową, rzezią Ormian w Turcji, Zagładą Żydów.
Kiedy w 1992 roku rozpadała się Jugosławia, nagle każdy zamieszkały tam naród zamarzył o kraju jednolitym etnicznie i postanowił wymordować wszystkie pozostałe. Efekt— 102 tysiące zabitych oraz 50% bezrobocie w Bośni w roku 2000, pomimo przekazania 5 miliardów dolarów pomocy międzynarodowej. Podobnie plemię Hutu wymordowało w 1994 roku 800 tys. członków plenienia Tutsi.
Żadnemu z rozmówców redaktora Strzyczkowskiego - chwalących znaczenie państw narodowych i ich absolutnej suwerenności - nie przychodzi do głowy, że gdyśmy dalej kierowali logiką państwa narodowego, Polska byłaby teraz uwikłana w dwie wojny. Na wschodzie wałczylibyśmy z Ukraińcami o utracone Kresy Wschodnie, a na zachodzie — z Niemcami wałczylibyśmy o Wrocław i Szczecin, które to miasta, kierując się tradycyjną definicją państwa narodowego i jego interesów — Niemcy staraliby się odzyskać.
Jeszcze jako dziecko pamiętam pijackie śpiewy na imieninach:
Nie oddamy Lwowa, nie oddamy Lwowa. Nie oddamy miasta Lwowa. Jedna bomba atomowa, druga bomba atomowa. I wróćmy znów do Lwowa.
Ach jaka to byłaby piękna, narodowa tragedia.
Flagi narodowe powiewałyby wysoko.
=========== [1] Przykładowo – unikniecie pandemii grypy może wymagać współpracy absolutnie wszystkich krajów. Co będzie, jak których kraj się przyporządkuje? Przez analogię — właściciel mieszkania w bloku może argumentować, iż to jego mieszkanie i ma prawo w swoim pokoju eksperymentować z rozbrajaniem zardzewiałych granatów. W końcu ryzykuje w pierwszej kolejności własnym życiem. O co więc tak się denerwują sąsiedzi?
wtorek, 30 czerwca 2009
Dzisiaj (30 czerwca) odbyło się spotkanie z prezesem spółdzielni mieszkaniowej Rzemieślnik-Bis, budującej obszerny kompleks mieszkalny na końcu ul. Niecałej, tuż przy projektowanej kładce. Więcej o spółdzielni i jej sztandarowym projekcie można przeczytać pod adresem http://www.rzemieslnikbis.lublin.pl/ Po rozmowie — przeprowadzonej zresztą na placu budowy, a wiec też w miejscu , gdzie będzie kończyć się kładka, prezes spółdzielni pan Andrzej Rzeźnik stwierdził, iż nie widzi żadnych przeszkód, aby kładka powstała. Nie koliduje to z planami inwestycyjnymi spółdzielni. Więcej – w najbliższych dniach prezes będzie rozmawiał z wice-prezydentem Lublina Panią Elżbietą Kołodziej-Wnuk na temat infrastruktury towarzyszącej i powiązanej z miastem i poruszy temat kładki .
Trzymamy za słowo, Panie prezesie ;-)
Po 6 lipca takie samo spotkanie odbędzie się z dyrektorem lubelskiego oddziału Polskiego Związku Motorowego. W tym wypadku sprawa jest bardziej skomplikowana, bo kładka będzie musiała przez działkę, której właścicielem jest PZMot.
Przy okazji , nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż prowadzenie takiej kampanii, jak „Niecała Naprzód!” to w dużej mierze takie „supłanie węzełków”, prezentacja projektu różnym osobom, które powinny o nim wiedzieć, zbieranie opinii, poszukiwania poparcia. Ot, taka żmudna „dłubanina”
niedziela, 07 czerwca 2009
Tym którzy przybyli uczestniczyć w Warsztatach — dziękuję i mam nadzieję, że doświadczenie było warte poświęconego czasu.
Sala była za mała, więc nie można było „rozwinąć skali” we właściwy sposób. Organizatorzy też trochę zawiedli z ekranem. Ale było ciekawie (przynajmniej ja tak sądze)


Jak się uda, postaram się powtórzyć te zajęcia w ramach Lubelskiego Festiwalu Nauki. Najlepszym miejscem będą Warsztaty Kultury w starych warsztatach samochodowych na ul Popiełuszki.
Zamienię też kręgle na inne rekwizyty i – kto wie – może uda się przygotować kilka wstawek filmowych, bardzo krótko ilustrujących wybrane zjawiska. Wszystkiego się nie da, bo nie pokażemy przecież wszystkich szczegółów i mechanizmów ewolucji w godziny.
Warsztaty są wynikiem moich zainteresowań edukacją przyrodniczą przez doświadczenie. Zajmują się tym na świecie Centra Nauki. W przyszłym roku zostanie uruchomiony taki obiekt w Warszawie – Centrum Nauki Kopernik wielki i znakomity nawet na skalę europejską. Wiem, bo śledzę pracę i znam ten zespół ;-)
Więcej o tym obiekcie na stronie: http://www.kopernik.org.pl/budynek_centrum.php
Dla leniwych, wstawiam tu jeden obrazek - talk będzie wyglądąło CNK nad Wisłą (przy moście siekierkowskim) z góry

Jak CNK powstanie, zacznie się szum, „czemu nie ma czegoś takiego u nas, przecież miało być” .... Przedstawione warsztaty są drobnym działaniem, aby „takie coś” u nas też było ;-)
Są lepsze i gorsze dni. Ten był gorszy. Zaledwie 60 podpisów w 2 godziny. Deszczowa pogoda i piątek — to chyba główne powody. W akcji pomagał mi Wojciech Sieradzon z IV roku politologii.
Praktyka pokazała jednak, iż jest kilka rzeczy na które warto zwrócić uwagę w przyszłości:
1. Oprócz pieszych ważnym odbiorcą naszej akcji są kierowcy i pasażerowie autobusów, Do nich trzeba mieć duży plakat – nasz był bardzo prosty, postaramy się go uczynić piękniejszym na kolejny raz
2. Ludzie nie lubią czekać i chodzą w grupach. Lepiej mieć 2 listy do równoległego składania podpisów.
3. Przezroczysta taśma klejąca bardzo pomaga utrzymać listę w jednym miejscu. Szarpane wiatrem kartki potrafią mocno utrudnić życie.
4. Robienie zdjęć z akcji jest nieomal tak samo ważne jak samo zbieranie podpisów. W naszym wypadku udokumentowanie, że z tego przejścia korzystają też rowerzyści ma istotne znaczenie.
Nawet jednak w takie chłodne dni ruch w miejscu,gdzie w przyszłosci ma powstać kłądka jest spory..

wtorek, 02 czerwca 2009
Poniższe warsztaty będę prezentował na "Nocy Kultury", To przykład działań, jakie możnaby organizować dla rozwijania wyobraźni i wiedzy, gdyby w Lublinie istniało Centrum Nauki.
Ale nie istnieje i nie zapowiada się, aby istniało.
=====
Warsztaty „Kilka pytań o Wszechświat” trwają ok. 1 godziny i opierają się na „zgadywance” kiedy nastąpiły kluczowe wydarzenia w historii odpowiednio: • Kosmosu ( powstanie gwiazd, powstanie galaktyk) • Ziemi i życia na ziemi • Życia złożonego (wyjęcie na ląd, pojawienie się gadów, pojawienie się dinozaurów) • Istnienia gatunku ludzkiego
Opiera się to na odwzorowaniu: skoro Wszechświat istnieje 13,7 mld lat, to 1 metr może odwzorowywać 1 mld lat…
Każda z powyższych historii (Kosmosu, Ziemi i życia na Ziemi ..) jest odwzorowana w innej skali.
Uczestnicy zajęć zgadują (mogą to uzgadniać miedzy sobą – może ktoś wie?) kiedy nastąpiło dane wydarzenie (stawiają w tych miejscach kręgle) a potem prowadzący wskazuje właściwy czas wydarzenia (stawia znacznik) i komentuje w kilku slajdach i kilku zdaniach, dlaczego to było istotne i na jakie 2-3 fakty należy zwrócić szczególną uwagę.
W zajęciach może uczestniczyć grupa ok. 12 – max 15 osób, z prostej przyczyny, aby siebie nawzajem nie zadeptać i każdy coś widział.
W kontekście tego co się dowiemy (lub wiedzy jaką uporządkujemy) Spróbujemy sobie odpowiedzieć na kilka pytań: 1. Czy prymitywne życie jest powszechne we Wszechświecie? 2. Czy inteligentne życie jest powszechne we Wszechświecie? 3. Czy skolonizowanie galaktyki przez człowieka (lub roboty) jest możliwe? Jak długo to by trwało? 4. Czy możliwa jest współpraca cywilizacji w skali galaktycznej?
Jest to wszystko podane prostym językiem i nie ma przeszkód, aby w zajęciach uczestniczyły dzieci od początku wieku szkolnego (choć spodziewam się. że ich rola sprowadzi się do noszenia kręgli ;-) — powinno to podziałać na ich wyobraźnię.
Poniżej : zajęcia warsztatowe w Liceum w Chełmie w marcu 2009

poniedziałek, 01 czerwca 2009
W dzisiejszym artykule w Gazecie Wyborczej "Stolica niemieckiej rozrodczości" Marcina Piekoszewskiego znalazł się taki fragment:
Rowerzyści świadczą o jakości współczesnego miasta, niczym raki o czystości jeziora,są oznaką tego, że miasto jest sprawnie i bezpiecznie zorganizowane. Wprowadzenie roweru do berlińskiego tramwaju lub metra nie jest niedorzecznym pomysłem (tramwaje są tu szerokie jak autobusy, autobusy ciche jak tramwaje, metro liczy sobie 170 stacji, a miejska kolejka - 330 km torów).
Całośc tekstu pod adresem:
http://wyborcza.pl/1,88975,6657777,Stolica_niemieckiej_rozrodczosci.html
Zgadzam się z tą tezą. ;-)
niedziela, 31 maja 2009
Jeśli kiedyś powstanie (a mam nadzieję że powstanie) droga rowerowa wzdłuż doliny Czechówki, to wąskim gardłem tej ścieżki będzie skrzyżowanie alei Solidarności z Wodopojną a następnie Lubartowską.
To miejsce, o wielkim natężeniu ruchu i niespotykanym jednocześnie natężeniu brzydoty. Podejrzewam, iż wyburzono w tym miejscu cały szereg budynków prowadząc budowę alei Solidarności – i tak już zostało. Nikt się tym nie interesuje. Nie zauważyłem też aby to było z szczególną uwagą traktowane w projektach przebudowy podzamcza.
Tymczasem tu wymagana jest bardzo precyzyjna i skoordynowana operacja. Konieczne jest wybudowanie pierzei budynków, która na wysokości I piętra będzie miała wbudowany ciąg pieszo-rowerowy z wjazdem przed ul Wodopojną i wyjazdem na wysokości kiosku obok przystanku autobusowego (wjazd i wyjazd jest tu zresztą pojęciem zamiennym ;-)
Inaczej rowerzysta nigdy nie będzie mógł przejechać w cywilizowany sposób tego skomplikowanego węzła drogowego. Nigdy też nie połączymy obszaru Skansenu/Botanika/przyszłego parku na Górkach Czechowskich z Zamkiem i doliną Bystrzycy.

Miejsc zjazdu z ciagu pieszo-rowerowego - w miejscu widocznych drzew i żółtych kiosków.
Dalej trasa rowerowa może "chować się" między budynkami i wyjeżdżać wprost na plac Zamkowy.

Na tym zdjęciu dalszy ciąg tego "nieszczęścia", a zarazem szansy, jaką jest niezagospodarowanie terenu po wyburzonej pierzei budynków. Widać wyloty w al. Solidarności obu ulic - Lubartowskiej (z lewej) i Wodopojnej (z prawej)
czwartek, 28 maja 2009
Rok temu byłem w Paryżu. Patrząc przez okno głównej sali balowej pałacu w Luwrze zdumiałem się i ucieszyłem widząc piękny park, kończący się ogromnym polem zboża. Piękny, zamknięty kompozycyjnie widok.
Po chwili się jednak zamysliłem się i zdumiałem raz jeszcze. Czy w Polsce byłoby to możliwe? Ile kosztowałyby działki z widokiem ma Luwr? Ile zapłaciłaby Coca-Cola za olbrzymi bilbord widoczny z całego parku króla-słońce?
A jednak nie ma domów z widokiem na Pałac w Luwrze. A jednak Coca-Cola nie postawiła reklamy.
Stoję w miejscu gdzie chcemy, aby powstała kładka i patrzę na powstające reklamy. Czy ten chaos przestrzenny ma jakieś granice? Czy jakieś granice kiedykolwiek postawimy?

A oto jak widzi reklamę zewnętrzną w Polsce autorytet w tym zakresie, założyciel słynnej szwedzkiej agencji reklamowej poproszony o przewodnictwo w polskim konkursie reklamowym
(..) Czy reklama powinna budzić żywe emocje?
Nie aż tak silne, aby odrzucać odbiorcę. A przyznam, że doznałem takiego uczucia, gdy kilka dni temu przyjechałem do Warszawy. Było piękne wiosenne popołudnie. Rozejrzałem się i zamarłem. Pomyślałem, czemu ci ludzie okradają miasto z jego naturalnego środowiska? Reklama zewnętrzna jest tu nie do przyjęcia, coś takiego oglądałem w miastach Ameryki Łacińskiej, ale tam jest to przekaz konieczny w aż tak dużym zakresie. Ludzie nie mają pieniędzy na gazety, telewizję, Internet, więc reklama zewnętrzna zastępuje inne formy promocji. W Polsce jest inaczej, nie jest to kraj biedny, macie dużo wykształconych ludzi i nagle na ulicach wyrasta taki koszmar.
Jest pan przeciwnikiem reklamy zewnętrznej?
Nie, absolutnie nie. Uważam wręcz, że często może ona dodać krajobrazowi miasta urody. To, co oglądam w Warszawie, jest w większości dobre z artystycznego punktu widzenia. Problemem jest umiejscowienie billboardów. Rzucają się w oczy wielkie płachty, pozasłaniane okna, okryte frontony budynków – zła perspektywa, kiepskie widoki. Wydaje się, jakby reklama przejęła złą władzę nad tym miastem. Co z architekturą? Z przyrodą? Co z miejską infrastrukturą charakterystyczną dla Warszawy? Wszystko to ginie, sami to unicestwiacie.
„Schwytani w reklamy” — rozmowa z Matiasem Palm-Jensenem, szwedzkim przewodniczącym ogólnopolskiego Konkursu Twórców Reklamy, założycielem słynnej agencji Farfar w Sztokholmie Rozmawia Krystyna Lubelska Polityka - nr 19 (2704) z dnia 09-05-2009; s. 88
|
|